Tym tytułem można wszystko streścić. Działo się dużo, a mi totalnie nie chciało się nic pisać. Wybiłem się z rytmu i nie wiem czy będę w stanie do niego powrócić, wszak został mi tu już mniej niż miesiąc. Ale nieważne, do roboty zatem!
Miałem napisać o Bożym Narodzeniu. Jakieś 2 tygodnie przed nimi dostaliśmy (ja i moja luba, która mnie odwiedziła) zaproszenie na wigilię do małego miasteczka Chantada, 100km od Santiago do mojej koleżanki z zajęć. Trochę zwlekaliśmy z odpowiedzią, bo nie wiedzieliśmy czy wolimy święta spędzić sami, czy z kimś jeszcze, ale w końcu postanowiliśmy: jedziemy do Chantady, bo taka okazja się już nie powtórzy!
Dzień wcześniej przygotowaliśmy oczywiście pierogi, kupiliśmy u Chińczyków mini-choinkę, a 24-go o 18-stej jechaliśmy już autobusem na wschód. Z dworca odebrała nas koleżanka i jej tata i pojechaliśmy do ich mieszkania. Więc jak wygląda wigilia w Galicji?
Ano, do największych różnic jakie zauważyliśmy to to, że nie czeka się na pierwszą gwiazdkę, wieczerza rozpoczęła się koło 21.30, więc dawno po "gwiazdce", nie ma sianka pod obrusem, nie ma dzielenia się opłatkiem, jedzą nawet mięso, a co! I nawet życzeń nie było. Właściwie to wygląda to trochę jak bardziej uroczysta kolacja.
Co do jedzenia? Ano, najpierw dostaliśmy, jako przystawkę po podróży twardy, kozi ser- pychota! I wino. Podczas kolacji najpierw mieliśmy navajas i gambas, czyli takie dość duże krewetki. No i oczywiście nasze pierogi z kapustką i grzybkami. Navajas średnio mi smakowały- były mocno gorzkie. A krewetek jeść nie umiałem, więc babcia koleżanki dała mi szybką lekcję: "urywasz głowę, potem zrywasz każdy segmencik pancerzyka, a następnie jesz!". Zabawna rzecz, tylko strasznie łapy się brudzą. Aczkolwiek smaczna, więc później w domu jeszcze raz je sobie przygotowaliśmy ;)
Do tych trzech dań była jeszcze empanada, czyli placek nadziewany mięsem (najbardziej tradycyjny jest z owocami morza, ale tym razem było mięso). Potem na stół wjechała ogromna porcja mięsa z kozy (!). Tak, pierwszy raz w życiu jadłem kozinę. Smakowało mi! Polecam. No i na koniec podano deser. Poza różnymi rodzajami turrónów (czekoladowy, czyli najbardziej wigilijny; był też zwykły, opisany na wiki), przyszło też ciasto. Nazwa zaskoczyła nas najbardziej: brazo de gitano, czyli na polski "ramię cygana". Nikt nie potrafił wytłumaczyć pochodzenia nazwy, a mi coś śmierdzi z tym, że "bo to ulubione ciasto cyganów!". No, ale ramię było bardzo dobre, cholernie słodkie i lekko cytrynowe.
Ania co chwilę słyszała tylko zachęty ze strony babci "come, come!" w sensie "jedz, jedz!" i jej żartobliwe narzekanie, że tyle przy stole siedzi, a nic nie je. Oczywiście podczas całej kolacji piliśmy sobie winko. Kilka rodzajów, ale cały czas czerwone- bardzo dobre.
Po kolacji tata koleżanki uznał, że musi nam pokazać różnych alkoholi, więc przyniósł całe naręcze butelek- od likieru pomarańczowego lub miodowego, po Aguardiente i Orujo de hierbas czyli domowej roboty regionalne nalewki wódkopodobne, drugi z nich jest ziołowy. Ale co tam smakowanie- zostaliśmy obdarowani czterema butlami alkoholi- butelka licor cafe (najbardziej popularny likier tutaj, kawowy), licor de crema, butelkę aguardiente specjalnie dla mnie i butelkę wina. Po powrocie do Polski pokażę co poniektórym co ci Galicyjczycy piją :D
Po kolacji i uprzątnięciu stołu rodzice koleżanki wyciągnęli nas jeszcze do pubu. "A co tam, idziemy"- pomyśleliśmy. Po obejściu lokali weszliśmy do jednego, wypiliśmy po piwku (czy drinku) i wróciliśmy do domu, spać.
Na drugi dzień szybkie śniadanko i spacerek po Chantadzie- okazało się, że wcale nie jest taka malutka, jak mówiła mi koleżanka- mają ładny park, płynącą przezeń rzeczkę, całkiem fajną ścieżkę na spacery i ogólnie podobało mi się. Pogoda nie sprzyjała, ale na szczęście nie padało mocno. Innymi słowy- początek pierwszego dnia Świąt upłynął nam leniwie. Po obiedzie, na którym oczywiście trzeba było jeść to, co zostało po Wigilii (:D), koleżanka i jej tata zabrali nas na objazdową wycieczkę po okolicznych winnicach- widok bardzo ładny, tylko nadal trochę padało. Kilka pomniejszych przybytków było oznaczone jako "na sprzedaż". Cholera, może czas wziąć kredyt i zainwestować? Dwa w jednym- domek letniskowy + wytwórnia wina. I interes sam się kręci :D
Wieczorem 25.12 wracaliśmy już do domu. Drugiego dnia świąt kręciliśmy się po Santiago, bo czemu by nie?
Na dzisiaj kończę, bo dzisiaj podobno mają przyjechać Trzej Królowie (Reyes Magos) do Santiago, więc lecę na Obradoiro ich obfocić, bo Święto Trzech Króli to większe wydarzenie niż Boże Narodzenie (a przynajmniej mam takie wrażenie). Myślę że jutro albo pojutrze dodam wpis o sylwestrze i nowym roku, a może i wyprawie do Vigo albo ponownie do Coruni. Stay tuned~!
EDIT: Oczywiście zdjęcia spłodzone moim beznadziejnym aparatem przez moją nadworną fotografkę, Anię!
5 stycznia 2013
26 listopada 2012
Wycieczka do Coruni
Cześć! Miałem pisać tydzień temu o strajku, ale serio nie było o czym- na poranną manifestację nie zdążyłem, wieczorna była paskudnie nudna i porównywalna do poprzedniej.
Byłem ostatnio za to w miejscowości A Coruña, czyli największym porcie i mieście przemysłowym Galicji. I stolicy jednego z czterech regionów Galicji. Za to Santiago jest stolicą całej Galicji, ale mniejsza, do teraz nie potrafię tego zrozumieć ;P
Od początku wycieczki chmury zapowiadały niemiłe przeżycia. Najpierw pojechaliśmy do Wieży Herculesa, czyli ostatniej zachowanej latarni morskiej zbudowanej przez Rzymian i zarazem najstarszej działającej. Świadomość, że jest się w budynku, który ma koło 1800 lat robi wrażenie. Nawet, jeśli nie jest jakoś specjalnie imponujący, wielki i w ogóle.
Wchodząc na wzgórze na którym stoi latarnia, podziwialiśmy niewielką plażę, potem jednak zaczęło padać i trzeba było lecieć jak najszybciej na górę, bo deszcz był cholernie zdradliwy i padał... poziomo!
Pojechaliśmy do oceanarium, które może nie było jakieś wielkie, ale miało fajne ryby, kilka rekinów i małe fokarium. Foczki były bardzo przyjaźnie nastawione, szkoda, że nie trafiliśmy na żadne ich karmienie, czy coś...
Potem poszliśmy do baru, żeby napić się czegoś ciepłego i po prostu chwilę odsapnąć od wichury, a stamtąd ruszyliśmy do interaktywnego muzeum rodzaju ludzkiego Domus. Wszystko stworzone z myślą o dzieciakach, człowiek opisany począwszy od DNA, przez kolejne zmysły i narządy. Mimo, że niby wystawa dla dzieciaków, to też się nieźle bawiliśmy. Można było poznać różne smaki, zapachy, zobaczyć niebieskiego szkieletora, a nawet posągi przodków. Nawet sobie trzasnąłem z nimi zdjęcie.
Po zwiedzeniu całego Domusa (u?) wybraliśmy się jeszcze na wzgórze z którego widać panoramę całej Coruni, ale niestety mój aparat jest za słaby na wieczorne fotki panoramy i na nic poszły moje błagania. Ostatnim przystankiem było centrum handlowe Marineda City. Podobno drugie pod względem wielkości w Europie. Faktycznie, moloch wielki, ludzi od cholery, kolejki kilometrowe... nic przyjemnego właściwie. No, ale imponujący.
W planach było jeszcze jechanie na starówkę, ale było cimno i zimno, więc postanowiliśmy wracać do Santiago. A i się dobrze złożyło, bo o 1 byłem umówiony na wyjście na imprezę, co u mnie nie zdarza się zbyt często :P
Dzisiaj dostałem wyniki badań krwi, które zrobiło Centrum Transfuzji w Galicji. Z tego co rzuciłem okiem, to wszystko jest w porządku, tam gdzie choroby, testy wypadły "negatywnie", na reszcie wyników się nie znam. Swoją drogą, miła sprawa. W Polsce trzeba poprosić o wyniki- tutaj przysyłają sami.
Tym chyba będę kończył. Nie wiem kiedy następny wpis. Kiedyś na pewno. Zaglądajcie od czasu do czasu i dajcie znać w komentarzach, że mnie czytacie. To bardzo ważne!
Byłem ostatnio za to w miejscowości A Coruña, czyli największym porcie i mieście przemysłowym Galicji. I stolicy jednego z czterech regionów Galicji. Za to Santiago jest stolicą całej Galicji, ale mniejsza, do teraz nie potrafię tego zrozumieć ;P
Od początku wycieczki chmury zapowiadały niemiłe przeżycia. Najpierw pojechaliśmy do Wieży Herculesa, czyli ostatniej zachowanej latarni morskiej zbudowanej przez Rzymian i zarazem najstarszej działającej. Świadomość, że jest się w budynku, który ma koło 1800 lat robi wrażenie. Nawet, jeśli nie jest jakoś specjalnie imponujący, wielki i w ogóle.
Wchodząc na wzgórze na którym stoi latarnia, podziwialiśmy niewielką plażę, potem jednak zaczęło padać i trzeba było lecieć jak najszybciej na górę, bo deszcz był cholernie zdradliwy i padał... poziomo!
Pojechaliśmy do oceanarium, które może nie było jakieś wielkie, ale miało fajne ryby, kilka rekinów i małe fokarium. Foczki były bardzo przyjaźnie nastawione, szkoda, że nie trafiliśmy na żadne ich karmienie, czy coś...
Potem poszliśmy do baru, żeby napić się czegoś ciepłego i po prostu chwilę odsapnąć od wichury, a stamtąd ruszyliśmy do interaktywnego muzeum rodzaju ludzkiego Domus. Wszystko stworzone z myślą o dzieciakach, człowiek opisany począwszy od DNA, przez kolejne zmysły i narządy. Mimo, że niby wystawa dla dzieciaków, to też się nieźle bawiliśmy. Można było poznać różne smaki, zapachy, zobaczyć niebieskiego szkieletora, a nawet posągi przodków. Nawet sobie trzasnąłem z nimi zdjęcie.
Po zwiedzeniu całego Domusa (u?) wybraliśmy się jeszcze na wzgórze z którego widać panoramę całej Coruni, ale niestety mój aparat jest za słaby na wieczorne fotki panoramy i na nic poszły moje błagania. Ostatnim przystankiem było centrum handlowe Marineda City. Podobno drugie pod względem wielkości w Europie. Faktycznie, moloch wielki, ludzi od cholery, kolejki kilometrowe... nic przyjemnego właściwie. No, ale imponujący.
W planach było jeszcze jechanie na starówkę, ale było cimno i zimno, więc postanowiliśmy wracać do Santiago. A i się dobrze złożyło, bo o 1 byłem umówiony na wyjście na imprezę, co u mnie nie zdarza się zbyt często :P
Dzisiaj dostałem wyniki badań krwi, które zrobiło Centrum Transfuzji w Galicji. Z tego co rzuciłem okiem, to wszystko jest w porządku, tam gdzie choroby, testy wypadły "negatywnie", na reszcie wyników się nie znam. Swoją drogą, miła sprawa. W Polsce trzeba poprosić o wyniki- tutaj przysyłają sami.
Tym chyba będę kończył. Nie wiem kiedy następny wpis. Kiedyś na pewno. Zaglądajcie od czasu do czasu i dajcie znać w komentarzach, że mnie czytacie. To bardzo ważne!
12 listopada 2012
Wybrali się do Ourense zobaczyć Magosto
Cześć!
Tak jak obiecałem, jestem świeżo po wycieczce do Ourense i mam krótką (albo i dłuższą, zobaczymy) relację.
Ruszyć mieliśmy o 14, ale oczywiście połowa ludzi się spóźniła, więc ostatecznie wyjechaliśmy o 14.30 spod parku Alameda. Po jakiejś godzince jazdy (i zorientowaniu się, że na pokładzie są jacyś Polacy!) dojechaliśmy do naszego pierwszego celu: term! Pogoda nie była zachęcająca, ale jak już zobaczyłem delikatną parę unoszącą się z tych małych zbiorników wodnych, od razu poleciałem się przebrać, wskoczyłem i... cholera, w niektórych miejscach nawet parzyło!
Niestety, nie mogłem źródełkom zrobić zdjęć z bliska, bo panowie ochroniarze nie pozwalali, ale wierzcie- było cholernie przyjemnie :D Błogo wręcz. O 17 trzeba było się zbierać na Stare Miasto do Ourense, więc szybko się przebraliśmy, organizatorzy porobili zdjęcia, zapoznałem się z polskimi dziewczynami (które były nieźle zaskoczone moją obecnością) i ruszyliśmy dalej.
Po wyjściu z autobusu ruszyliśmy do małej fontanny z której także płynęła gorąca woda (temperatura sięga 67 stopni!, woda jest średnio-zmineralizowana, inhalacje pomagają na kaszel i choroby układu dróg oddechowych).
Tak jak obiecałem, jestem świeżo po wycieczce do Ourense i mam krótką (albo i dłuższą, zobaczymy) relację.
Ruszyć mieliśmy o 14, ale oczywiście połowa ludzi się spóźniła, więc ostatecznie wyjechaliśmy o 14.30 spod parku Alameda. Po jakiejś godzince jazdy (i zorientowaniu się, że na pokładzie są jacyś Polacy!) dojechaliśmy do naszego pierwszego celu: term! Pogoda nie była zachęcająca, ale jak już zobaczyłem delikatną parę unoszącą się z tych małych zbiorników wodnych, od razu poleciałem się przebrać, wskoczyłem i... cholera, w niektórych miejscach nawet parzyło!
Niestety, nie mogłem źródełkom zrobić zdjęć z bliska, bo panowie ochroniarze nie pozwalali, ale wierzcie- było cholernie przyjemnie :D Błogo wręcz. O 17 trzeba było się zbierać na Stare Miasto do Ourense, więc szybko się przebraliśmy, organizatorzy porobili zdjęcia, zapoznałem się z polskimi dziewczynami (które były nieźle zaskoczone moją obecnością) i ruszyliśmy dalej.
Po wyjściu z autobusu ruszyliśmy do małej fontanny z której także płynęła gorąca woda (temperatura sięga 67 stopni!, woda jest średnio-zmineralizowana, inhalacje pomagają na kaszel i choroby układu dróg oddechowych).
Po szybkim przegrupowaniu się i krótkim marszu doszliśmy wreszcie do miejsca docelowego, gdzie odbywała się cała impreza. Ale może najpierw odpowiem na pytanie "Co to jest Magosto?".
Otóż Magosto (źródła nazwy językoznawcy doszukują się w Magnus Ustus (wielki ogień) albo Magum Ustum (tłumaczący magiczny charakter ognia)) jest świętem obchodzonym w północnej Hiszpanii (m.in. właśnie w Galicji), ale także w Portugalii. Międzynarodowo nazywa się to podobno "Świętem kasztana", który jest głównym "składnikiem" imprezy (drugim jest ognisko). Kasztan był z resztą tutaj głównym składnikiem pożywienia (aż do XVI wieku, kiedy z Ameryki przywieziono kukurydzę i ziemniaki). Świętuje się poprzez jedzenie pieczonych kasztanów, picie młodego wina i jedzenie kiełbasy. W Ourense dodatkowo Magosto zbiega się z Dniem św. Marcina.
No, więc po dojściu na plac od razu dowiedzieliśmy się, że jest możliwość dostania kubeczka wina, woreczka kasztanów i buły z zapiekaną kiełbasą w środku za 1 euro- nie było chyba osoby, która nie poszłaby na taki układ. Ale zanim ktoś z organizacji załatwił to jedzenie dla nas, poszliśmy pozwiedzać, m.in. katedrę (na zdjęciu wyżej). Po niedługim czasie wróciliśmy, każdy dostał swój przydział i zaczęło się pałaszowanie. Nawet mi smakowało, co z hiszpańską kiełbasą w moim wypadku nie jest zbyt oczywiste. Potem ze znajomymi uznaliśmy, że zrobimy sobie jeszcze jedną kolejkę, więc po kilku szklaneczkach wina było już wesoło.
Oczywiście takie święto nie mogło odbyć się bez muzyki (dla starszych) i pewnych zabaw dla dzieci, dlatego mam filmik który chociaż po części to obrazuje. Pierwsze ujęcie to tradycyjny, galicyjski zespół muzyczny, potem zabawa dla dzieci, następnie zabawa, w którą bawiliśmy się my (chodziło i zdeptanie balonika innej osobie w taki sposób, żeby swój utrzymać jak najdłużej) i znowu muzyka.
Potem wypiliśmy jeszcze trochę Licor Café, czyli trunek na bazie kawy. Strasznie słodkie. Przyjechała straż pożarna, ugasili ognisko i impreza się skończyła. Poszliśmy na drugi koniec miasta do pubu, potem szybko do autobusu i o 1.30 byliśmy już w Santiago. Jeszcze mała porcja losowych zdjęć:
A teraz już kończę. W środę strajk generalny w całej Hiszpanii, może będę miał coś ciekawego. Hasta pronto!
8 listopada 2012
Halloween, brunch i krwiodawstwo
Cześć! Na wstępie przepraszam za to, że dawno nie pisałem, kilka rzeczy mi się nałożyło. Najważniejsza była chyba taka, że po powrocie z Italii dopadł mnie jakiś srogi dół, chyba przez pogodę, sytuację w mieszkaniu, brak fajnej i zgranej ekipy i tak dalej. No, ale mam nadzieję, że już minęło i nie będę nikogo z Was zamęczać swoimi żalami.
Dawno nie pisałem, ale chyba nikt nie tęsknił (no, może prócz jednej Anny, która codziennie domagała się, żebym coś napisał). Nie chciało mi się, a jak chciało, to nie miałem czasu, a jak miałem czas, to nie miałem nastroju... I tak dalej.
Od czego zacząć... Może po prostu od tego, co wydarzyło się przez ten okres czasu? W sumie to z najważniejszych wydarzeń mam tylko kilka haseł: "Halloween", "Brunch" i "Oddanie krwi". O podróży z Genui mogę napisać tylko tyle, że była wyczerpująca, ale i tak lepsza niż podróż w tamtą stronę, bo nie musiałem spędzać nocy na lotnisku ;)
Zacznijmy od Halloween- zostałem zaproszony na imprezkę do domu znajomego Włocha- Andrei. Spotkałem się więc ze znajomymi, które też tam szły, wymalowały mi ryj "farbkami", które tak naprawdę były "kredkami do malowania twarzy", ale tylko takie coś znalazłem u Chińczyków w sklepie. Impreza całkiem mi się podobała- niby zwykła domówka, ale gospodarze postarali się i na każdej ścianie wisiały "pajęczyny", były dynie (albo pomarańcze je imitujące), do jedzenia były "poodcinane palce" (odpowiednio powycinane parówki z keczupem), dłonie z galaretki (z dodatkiem mocnych alkoholi), małe nagrobki (czyli ciasto). Do picia każdy przynosił coś swojego, ale był też dziwnie wyglądający, zielony poncz. Po 4.00 postanowiliśmy skoczyć do klubu (z całkiem sporą grupą ludzi), ale wypad okazał się fiaskiem- było tak dużo ludzi, że nie było jak przejść i zastanawiam się tylko, po co ochroniarze wpuszczali kolejnych. Po 5.00 byłem już w domu. No, ale nic to. Jeśli ciekawi Was jak wyglądałem, to tutaj foto sprzed imprezy (pewnie i tak wszyscy widzieli już na facebooku):
Brunch. W niedzielę po Halloween dziewczyny ze zdjęcia wyżej zaprosiły mnie na "Brunch", czyli połączenie lunchu i śniadania, ale po tym jak Włosi powiedzieli, że 12 to dla nich za wcześnie i nie wstaną, wyszedł zwykły lunch (planowane było na 13, ale o tej godzinie to tylko ja się pojawiłem, reszta z przynajmniej 30-minutowym spóźnieniem). Każdy przyniósł coś od siebie (albo przygotował), więc ja miałem wino, koleżanka ze zdjęcia, stojąca po lewej przygotowała świeży makaron, ta ze środka upiekła coś, co wyglądało jak ciasto do karpatki (nawet w sumie tak smakowało), ale zeżarliśmy to na sucho, całkiem smaczne. Francuzki zrobiły crepes i omlet, a Włosi donieśli "empanada galega" (danie w formie placka nadziewanego np. tuńczykiem z pomidorami) i ciastka.
Wyżerka była całkiem niezła i potem dziewczyny wpadły na pomysł wyjścia gdzieś, na co ochoczo przystałem. Naszym celem było "Cidade de cultura de Galicia" czyli "Miasto kultury Galicji"- ogromny kompleks ciekawych budynków z biblioteką, archiwum, salami muzealnymi i tak dalej. Gdyby nie to, że w połowie drogi przez jakieś pola (bo przecież nie będziemy łazić chodnikiem, bo jest 3x dłużej i na około) złapał nas deszcz i przemokliśmy totalnie, byłoby dużo lepiej. Po zwiedzeniu co było do zwiedzenia (czyli niewiele, tylko wystawa o jakimś artyście) musieliśmy czekać 1,5h na autobus, bo przemoknięci i przemarznięci nie chcieliśmy wracać do domu pieszo. Nie miałem tamtego dnia aparatu i trochę żałuję, bo byłoby co pokazać, ale pewnie będzie jeszcze okazja.
Ostatnią rzeczą o jakiej chcę dzisiaj napisać jest oddawanie krwi, może kogoś ciekawi jak to wygląda tutaj, w Galicji. Otóż miałem okazję się przekonać, bo akurat ESN (Erasmus Student Network) zorganizował busa do oddawania krwi niedaleko mojego mieszkania, więc się ze współlokatorem przeszliśmy. Ja, jako "młody weteran" z przebiegiem ponad 5 litrów i on, żółtodziób. Zasady są podobne- dostaje się formularz, dostaje się ankietę i trzeba wypełnić. Jedyna rzecz, która jest inna (a przynajmniej tutaj o niej mówią, a u nas nie) to to, że trzeba być minimum 2h PO posiłku, żeby oddać krew.
Ale reszta jest taka sama- lekarz sprawdza ciśnienie, robi mały "wywiad środowiskowy", potem siada się na fotelu, wbijają igłę i... po kilku minutach i 450ml oddanej krwi jesteśmy wolni. Ciekaw byłem jakie "gratisy" dają tutaj za oddawanie krwi (w Polsce jest to zazwyczaj 8 czekolad i wafelek Grześki, na Woodstocku jest dodatkowo koszulka, czasem jakieś bułki i konserwa, czy talon do McDonald's). No i w sumie mnie zaskoczyli- dostałem kubek, który widzicie poniżej i plastikową torebeczkę w której znajdziemy małą paczuszkę suszonych owoców, chusteczkę do dezynfekcji rąk i ciasteczka. Mało w porównaniu z Polską, ale przecież nie dla tych wszystkich gratisów to robię ;)
To chyba wszystko na ten temat. Jutro mam kolokwium, a w niedzielę jadę na Magosto, czyli pogańskie święto jesieni. Wtedy też możecie spodziewać się jakiejś relacji i masy zdjęć. Trzymajcie się ciepło!
Dawno nie pisałem, ale chyba nikt nie tęsknił (no, może prócz jednej Anny, która codziennie domagała się, żebym coś napisał). Nie chciało mi się, a jak chciało, to nie miałem czasu, a jak miałem czas, to nie miałem nastroju... I tak dalej.
Od czego zacząć... Może po prostu od tego, co wydarzyło się przez ten okres czasu? W sumie to z najważniejszych wydarzeń mam tylko kilka haseł: "Halloween", "Brunch" i "Oddanie krwi". O podróży z Genui mogę napisać tylko tyle, że była wyczerpująca, ale i tak lepsza niż podróż w tamtą stronę, bo nie musiałem spędzać nocy na lotnisku ;)
Zacznijmy od Halloween- zostałem zaproszony na imprezkę do domu znajomego Włocha- Andrei. Spotkałem się więc ze znajomymi, które też tam szły, wymalowały mi ryj "farbkami", które tak naprawdę były "kredkami do malowania twarzy", ale tylko takie coś znalazłem u Chińczyków w sklepie. Impreza całkiem mi się podobała- niby zwykła domówka, ale gospodarze postarali się i na każdej ścianie wisiały "pajęczyny", były dynie (albo pomarańcze je imitujące), do jedzenia były "poodcinane palce" (odpowiednio powycinane parówki z keczupem), dłonie z galaretki (z dodatkiem mocnych alkoholi), małe nagrobki (czyli ciasto). Do picia każdy przynosił coś swojego, ale był też dziwnie wyglądający, zielony poncz. Po 4.00 postanowiliśmy skoczyć do klubu (z całkiem sporą grupą ludzi), ale wypad okazał się fiaskiem- było tak dużo ludzi, że nie było jak przejść i zastanawiam się tylko, po co ochroniarze wpuszczali kolejnych. Po 5.00 byłem już w domu. No, ale nic to. Jeśli ciekawi Was jak wyglądałem, to tutaj foto sprzed imprezy (pewnie i tak wszyscy widzieli już na facebooku):
Brunch. W niedzielę po Halloween dziewczyny ze zdjęcia wyżej zaprosiły mnie na "Brunch", czyli połączenie lunchu i śniadania, ale po tym jak Włosi powiedzieli, że 12 to dla nich za wcześnie i nie wstaną, wyszedł zwykły lunch (planowane było na 13, ale o tej godzinie to tylko ja się pojawiłem, reszta z przynajmniej 30-minutowym spóźnieniem). Każdy przyniósł coś od siebie (albo przygotował), więc ja miałem wino, koleżanka ze zdjęcia, stojąca po lewej przygotowała świeży makaron, ta ze środka upiekła coś, co wyglądało jak ciasto do karpatki (nawet w sumie tak smakowało), ale zeżarliśmy to na sucho, całkiem smaczne. Francuzki zrobiły crepes i omlet, a Włosi donieśli "empanada galega" (danie w formie placka nadziewanego np. tuńczykiem z pomidorami) i ciastka.
Wyżerka była całkiem niezła i potem dziewczyny wpadły na pomysł wyjścia gdzieś, na co ochoczo przystałem. Naszym celem było "Cidade de cultura de Galicia" czyli "Miasto kultury Galicji"- ogromny kompleks ciekawych budynków z biblioteką, archiwum, salami muzealnymi i tak dalej. Gdyby nie to, że w połowie drogi przez jakieś pola (bo przecież nie będziemy łazić chodnikiem, bo jest 3x dłużej i na około) złapał nas deszcz i przemokliśmy totalnie, byłoby dużo lepiej. Po zwiedzeniu co było do zwiedzenia (czyli niewiele, tylko wystawa o jakimś artyście) musieliśmy czekać 1,5h na autobus, bo przemoknięci i przemarznięci nie chcieliśmy wracać do domu pieszo. Nie miałem tamtego dnia aparatu i trochę żałuję, bo byłoby co pokazać, ale pewnie będzie jeszcze okazja.
Ostatnią rzeczą o jakiej chcę dzisiaj napisać jest oddawanie krwi, może kogoś ciekawi jak to wygląda tutaj, w Galicji. Otóż miałem okazję się przekonać, bo akurat ESN (Erasmus Student Network) zorganizował busa do oddawania krwi niedaleko mojego mieszkania, więc się ze współlokatorem przeszliśmy. Ja, jako "młody weteran" z przebiegiem ponad 5 litrów i on, żółtodziób. Zasady są podobne- dostaje się formularz, dostaje się ankietę i trzeba wypełnić. Jedyna rzecz, która jest inna (a przynajmniej tutaj o niej mówią, a u nas nie) to to, że trzeba być minimum 2h PO posiłku, żeby oddać krew.
Ale reszta jest taka sama- lekarz sprawdza ciśnienie, robi mały "wywiad środowiskowy", potem siada się na fotelu, wbijają igłę i... po kilku minutach i 450ml oddanej krwi jesteśmy wolni. Ciekaw byłem jakie "gratisy" dają tutaj za oddawanie krwi (w Polsce jest to zazwyczaj 8 czekolad i wafelek Grześki, na Woodstocku jest dodatkowo koszulka, czasem jakieś bułki i konserwa, czy talon do McDonald's). No i w sumie mnie zaskoczyli- dostałem kubek, który widzicie poniżej i plastikową torebeczkę w której znajdziemy małą paczuszkę suszonych owoców, chusteczkę do dezynfekcji rąk i ciasteczka. Mało w porównaniu z Polską, ale przecież nie dla tych wszystkich gratisów to robię ;)
To chyba wszystko na ten temat. Jutro mam kolokwium, a w niedzielę jadę na Magosto, czyli pogańskie święto jesieni. Wtedy też możecie spodziewać się jakiejś relacji i masy zdjęć. Trzymajcie się ciepło!
22 października 2012
Cinque Terre
Cześć!
Dzisiaj z zupełnie innej beczki- od przedwczoraj jestem we Włoszech, w Genui. Zdążyłem złazić Mediolan, potem pojechaliśmy do akademika. Na drugi dzień trzeba było wstać o ósmej (tak, pobudka o ósmej w niedzielę po nieprzespanej nocy na lotnisku nie jest niczym przyjemnym), ale warto było! Z samego rana wsiedliśmy w pociąg, żeby po 11 znaleźć się w Cinque Terre- malowniczym fragmencie riwiery liguryjskiej.
Pierwszą wioską którą odwiedziliśmy było położone najdalej od Genui Riomaggiore. Widok od razu nam się spodobał- piękny kolor wody, skały i... widoki z pocztówek! Tak, niektórzy z nas (cześć Kamila!) najbardziej chcieli zobaczyć "kolorowe domki" ;)
Dzisiaj z zupełnie innej beczki- od przedwczoraj jestem we Włoszech, w Genui. Zdążyłem złazić Mediolan, potem pojechaliśmy do akademika. Na drugi dzień trzeba było wstać o ósmej (tak, pobudka o ósmej w niedzielę po nieprzespanej nocy na lotnisku nie jest niczym przyjemnym), ale warto było! Z samego rana wsiedliśmy w pociąg, żeby po 11 znaleźć się w Cinque Terre- malowniczym fragmencie riwiery liguryjskiej.
Pierwszą wioską którą odwiedziliśmy było położone najdalej od Genui Riomaggiore. Widok od razu nam się spodobał- piękny kolor wody, skały i... widoki z pocztówek! Tak, niektórzy z nas (cześć Kamila!) najbardziej chcieli zobaczyć "kolorowe domki" ;)
Widoki piękne, aż żal było ruszać się dalej, ale nie mieliśmy przecież czasu na siedzenie cały dzień w jednym miejscu! Niestety, droga po dróżce w skałach była zamknięta ze względu na to, że zaczęły spadać kamienie i można było się uszkodzić. A szkoda, sama Via dell’Amore jest ponoć bardzo ładna. Mogliśmy jedynie "pocałować klamkę".
Następnym przystankiem miała być kolejna wioska- Manarola, jednakże wsiedliśmy do złego pociągu i wysiedliśmy dopiero w Monterosso (nie zatrzymywał się wcześniej)- więc znowu wsiedliśmy w kolejny i pojechaliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Widoczki też bardzo ładne, zwłaszcza winnice na wzgórzu. Aż chciałoby się tam zamieszkać. I pytanie tylko "jak ci ludzie sobie radzą z włażeniem na taką górę i jeszcze pracowaniem na niej?".
Potem każdemu z nas zachciało się jeść, więc polecieliśmy szybko do małej restauracyjki, jeszcze w Manaroli, część z nas wzięła zwykłą margheritę, inni pizzę z pesto. Palce lizać! A jak wyglądało!
Potem podreptaliśmy znowu na pociąg (niestety, droga przy morzu ciągle zamknięta, trzeba byłoby lecieć na około) i przejechaliśmy kolejne kilka kilometrów do miejscowości Vernazza. Niby ładnie, ale chyba za bardzo turystyczna- dzikie tłumy zalewały nas z każdej strony. Przy okazji udało nam się natknąć na małe kuriozum- lodziarnię o swojsko brzmiącej nazwie STALIN.
Po Vernazzy przyszedł czas na Monterosso i małe posiedzenie na plaży. Postanowiłem chociaż pomoczyć stopy i... ogromna fala oblała mnie całego, więc nie pozostało nic tylko popływać. Fantastyczne uczucie- woda nie za zimna, nie za gorąca... Jedynie kamienie kaleczące nogi trochę denerwowały.
Dobra, tymczasem kończę. Przy najbliższej okazji kolejne relacje ;)! Ciao!
11 października 2012
Strajk studencki - Folga estudiantil
Hola!
Tak jak zapowiadałem ostatnio- dzisiejszą notkę poświęcę strajkowi studenckiemu, który odbył się dzisiaj w Santiago. Najpierw więc może o samych założeniach. Studenci strajkowali przeciwko:
- cięciom w budżecie, przez które koszta publicznej edukacji wzrosną o 66%;
- zmniejszaniu kadry naukowej;
- tworzeniu dużych grup w miejsce wielu małych (co przekłada się na mniejszą jakość edukacji);
- przymusowi płacenia za cały rok nauki z góry;
- rząd zmniejsza też drastycznie liczbę miejsc na studiach magisterskich (które są potrzebne, by zostać nauczycielem).
- całej masie innych rzeczy, ale powyższe są chyba najważniejsze.
Jak widzicie, sytuacja zbyt kolorowa nie jest. Plakaty obwieszczające strajk wisiały w budynkach uniwersytetu już od jakiegoś czasu i postanowiłem zainteresować się tym tematem. Poszedłem też rano na zajęcia, żeby zobaczyć co się stanie.
Otóż dzisiaj ludzie grupy organizujące strajk po prostu nie wpuszczały ludzi do sal i nie zezwalały na prowadzenie wykładów- u nas rozwiązane było to tak, że zabarykadowali schody i wyłączyli windy. Zdjęć nie robiłem, bo nie było w sumie czemu- kilka osób blokujących wejście na schody.
Potem wróciłem szybko do domu, zostawiłem plecak i postanowiłem iść na Plaza del Toural, gdzie w samo południe miała rozpocząć się pikieta. Tam zastałem sporo ludzi, mieli flagi, transparenty i inne rzeczy potrzebne na takich "uroczystościach". Z początku mam filmik, więc od razu go wrzucę i nie będę opisywał, bo to doskonale widać:
Najbardziej zdziwiły mnie właśnie komunistyczne flagi, ale cóż- co kraj to obyczaj. Nie zabrakło też organizacji AGIR i independystów. No i była też, totalnie niespodziewanie, flaga Andaluzji. Ale to wszystko wyżej w filmiku.
Następnie ruszyliśmy ulicami Santiago, prowadzeni przez policyjny wóz w stronę siedziby Xunta de Galicia Consellería de Presidencia, czyli z tego co zrozumiałem, jest to tak jakby urząd wojewody (tylko umownie to tak nazywam, wiadomo, w Hiszpanii nie ma województw).
Po drodze oczywiście narobiłem też masę zdjęć, więc rzucę od razu kilkoma:
Widać, że zebrało się sporo ludzi, prawda? Sam przemarsz trwał około 50 minut, przez cały czas skandowano m.in. "No no no a privatización" czyli "Nie dla prywatyzacji", czy "Menos policia y máis educación", czyli "Mniej policji, więcej edukacji". Zanim mnie ktoś zlinczuje za "máis"- to po galicyjsku i wiem, że w castellano jest "más".
Po dojściu na miejsce odczytane zostały postulaty strajkujących. Nie wiem, czy odniesie to jakiś skutek- właściwie to nikt nie wyszedł z budynku prócz ochroniarzy, którzy wyglądali jakby zaraz mieli się bawić w "Niezniszczalnych":
Cóż mogę dodać więcej? Ogólnie jestem bardzo zdziwiony, że wszystko przebiegło tak pokojowo (wybuchły tylko 3 petardy)- wszyscy mimo strajku byli uśmiechnięci.
Na koniec jeszcze jeden obrazek. Khristiham mówi, że ci ludzie są od independystów, stali w miejscu przejścia pochodu.
Na dzisiaj chyba będę kończył, mam nadzieję, że się podobało. Trzymajcie się ciepło!
9 października 2012
Biurokracja, banki i imprezy
Tak to właśnie wychodzi, kiedy człowiek zapowiada pisanie notek codziennie. Albo pięć razy w tygodniu. Albo jak najczęściej. Wiem, nie piszę już od dłuższego czasu, ale spowodowane jest to brakiem materiału- miałem ostatnio prawie całkowity zastój w życiu towarzyskim i uczelnianym, nie działo się prawie nic. Do tego stopnia, że kilkoro z Was musiało wysłuchiwać, jak to mi źle na tym Erasmusie i ogólnie jest ble. Mam nadzieję, że Was za bardzo nie wymęczyłem i że w końcu będzie z górki.
Co u mnie? Może najpierw te rzeczy niemiłe, a potem miłe.
Otóż zapisałem się na kurs hiszpańskiego. Po dość trudnym teście przydzielono mnie do grupy A2, więc niezbyt wysoko, ale na to, ile się nauczyłem przez dwa lata lektoratu, w zupełności wystarczy). Pierwsza niemiła niespodzianka- kurs jest płatny. Na szczęście "tylko" 50 euro. Ale tylko, gdy jest się studentem zza granicy- tutejsi płacą 175. Z drugiej strony, kto mieszkający tutaj idzie na kurs hiszpańskiego dla obcokrajowców? Nieważne. Dobrą stroną medalu jest to, że zajęcia okazały się całkiem miłe, poznałem czwórkę Włochów, do tego mamy w grupie Japonkę (podpytam o lekcje z japońskiego :D), laskę z Kazachstanu, Portugalii i dwójkę Brazylijczyków. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że potrafię cokolwiek powiedzieć po hiszpańsku poza jakimiś pierdołami w sklepie, a tu całkiem nieźle mi się konwersowało jak wpadłem do jednego z kursantów na herbatę.
No, ale co do zapłaty- wybrałem "gotówką", bo myślałem, że będzie wystarczyło przynieść kasę na zajęcia. Ale nie! Trzeba wydrukować dwie kartki (jedną dla banku, drugą dla siebie) i iść do jednego z czterech wybranych banków! Więc idę wczoraj po zajęciach. I co? Guzik, banki w Galicji (nie wiem jak w innych częściach Hiszpanii) czynne są tylko do 14.15, z wyjątkiem czwartku, kiedy są czynne trochę dłużej. Na pocieszenie mogę dodać tylko, że obsługa jest za to bardzo miła- wziąłem numerek, oczekiwałem na swoją kolej (9 osób przede mną), podszedłem, pani z uśmiechem od ucha do ucha bardzo szybko załatwiła sprawę i po problemie.
No, to załatwiłem bank, ale ale, to nie wszystko- poszedłem podpisać Learning Agreement (dokument potrzebny każdemu Erasmusowi, tak naprawdę to jeden wielki bullshit i jak dla mnie, to mogliby to zlikwidować). No i co? Muszę wypełnić tutejszy, bo na moim "mam pokreślone". No mam, bo na planie zajęć widnieje jeden kod przedmiotu, a w programie przedmiotu drugi. A wykładowca jakoś nie spieszył się, żeby mi powiedzieć który jest dobry. I ostatecznie okazało się, że ten, który miałem od samego początku był tym dobrym. No trudno. Więc jeszcze raz muszę iść do koordynatorki wydziałowej, żeby dała mi podpis, a potem znowu do biura wymiany zagranicznej po kolejny. Uwielbiam to. W Polsce jest na odwrót przecież- im mniej urzędnik widzi petenta, tym lepiej, a tu? Po prostu uwielbiam.
To chyba wszystko co złe póki co. Co dobrego- byłem w pubie "Brooklyn"- jakaś garażowa kapela dawała koncert. Grali klasyki- Presleya, Beatlesów i ogólnie same takie starocie. Bardzo przyjemnie. Kolejny pub- Central Perk i impreza organizowana przez Erasmus Student Network- w sumie spoko, tylko piwo lane w litrowych, plastikowych kuflach trochę denerwuje, jest nieporęczne. Potem przenieśliśmy się do pubu na przeciwko- dużo mniej ludzi, dużo lepsza muzyka (w CP leciały raczej hity pokroju "Gangnam style")- właściciel ma całą masę CD najróżniejszych wykonawców, więc leciał i Motörhead i jakieś galicyjskie rytmy. Ostatecznie wróciłem do domu po 4 rano, czyli wcześnie. Tutaj imprezy zaczynają się w pubie (jakoś koło północy) i po 2.00 jakoś ludzie przenoszą się do klubów. Nie przepadam za takim modelem, wolę wcześniej iść, a potem chociaż 2h się przespać po powrocie.
Cóż więcej mogę powiedzieć? Zapowiada się długi weekend- w czwartek planowany jest strajk studentów (pójdę, zobaczę- możecie spodziewać się relacji), w piątek jest Día de la Hispanidad, tutejsze święto narodowe. Nie wiem co z tym strajkiem, bo widziałem też plakaty zapowiadające kolejny, 17-go października. No, ale na pewno któryś wypali. A już 19-go lecę do Włoch, do Genui ;)
Na koniec, jako bonus, flagi Galicji w oknach mieszkań na starym mieście i aniołek trzymający balkon.
Tymczasem pozdrawiam z deszczowego Santiago!
Co u mnie? Może najpierw te rzeczy niemiłe, a potem miłe.
Otóż zapisałem się na kurs hiszpańskiego. Po dość trudnym teście przydzielono mnie do grupy A2, więc niezbyt wysoko, ale na to, ile się nauczyłem przez dwa lata lektoratu, w zupełności wystarczy). Pierwsza niemiła niespodzianka- kurs jest płatny. Na szczęście "tylko" 50 euro. Ale tylko, gdy jest się studentem zza granicy- tutejsi płacą 175. Z drugiej strony, kto mieszkający tutaj idzie na kurs hiszpańskiego dla obcokrajowców? Nieważne. Dobrą stroną medalu jest to, że zajęcia okazały się całkiem miłe, poznałem czwórkę Włochów, do tego mamy w grupie Japonkę (podpytam o lekcje z japońskiego :D), laskę z Kazachstanu, Portugalii i dwójkę Brazylijczyków. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że potrafię cokolwiek powiedzieć po hiszpańsku poza jakimiś pierdołami w sklepie, a tu całkiem nieźle mi się konwersowało jak wpadłem do jednego z kursantów na herbatę.
No, ale co do zapłaty- wybrałem "gotówką", bo myślałem, że będzie wystarczyło przynieść kasę na zajęcia. Ale nie! Trzeba wydrukować dwie kartki (jedną dla banku, drugą dla siebie) i iść do jednego z czterech wybranych banków! Więc idę wczoraj po zajęciach. I co? Guzik, banki w Galicji (nie wiem jak w innych częściach Hiszpanii) czynne są tylko do 14.15, z wyjątkiem czwartku, kiedy są czynne trochę dłużej. Na pocieszenie mogę dodać tylko, że obsługa jest za to bardzo miła- wziąłem numerek, oczekiwałem na swoją kolej (9 osób przede mną), podszedłem, pani z uśmiechem od ucha do ucha bardzo szybko załatwiła sprawę i po problemie.
No, to załatwiłem bank, ale ale, to nie wszystko- poszedłem podpisać Learning Agreement (dokument potrzebny każdemu Erasmusowi, tak naprawdę to jeden wielki bullshit i jak dla mnie, to mogliby to zlikwidować). No i co? Muszę wypełnić tutejszy, bo na moim "mam pokreślone". No mam, bo na planie zajęć widnieje jeden kod przedmiotu, a w programie przedmiotu drugi. A wykładowca jakoś nie spieszył się, żeby mi powiedzieć który jest dobry. I ostatecznie okazało się, że ten, który miałem od samego początku był tym dobrym. No trudno. Więc jeszcze raz muszę iść do koordynatorki wydziałowej, żeby dała mi podpis, a potem znowu do biura wymiany zagranicznej po kolejny. Uwielbiam to. W Polsce jest na odwrót przecież- im mniej urzędnik widzi petenta, tym lepiej, a tu? Po prostu uwielbiam.
To chyba wszystko co złe póki co. Co dobrego- byłem w pubie "Brooklyn"- jakaś garażowa kapela dawała koncert. Grali klasyki- Presleya, Beatlesów i ogólnie same takie starocie. Bardzo przyjemnie. Kolejny pub- Central Perk i impreza organizowana przez Erasmus Student Network- w sumie spoko, tylko piwo lane w litrowych, plastikowych kuflach trochę denerwuje, jest nieporęczne. Potem przenieśliśmy się do pubu na przeciwko- dużo mniej ludzi, dużo lepsza muzyka (w CP leciały raczej hity pokroju "Gangnam style")- właściciel ma całą masę CD najróżniejszych wykonawców, więc leciał i Motörhead i jakieś galicyjskie rytmy. Ostatecznie wróciłem do domu po 4 rano, czyli wcześnie. Tutaj imprezy zaczynają się w pubie (jakoś koło północy) i po 2.00 jakoś ludzie przenoszą się do klubów. Nie przepadam za takim modelem, wolę wcześniej iść, a potem chociaż 2h się przespać po powrocie.
Cóż więcej mogę powiedzieć? Zapowiada się długi weekend- w czwartek planowany jest strajk studentów (pójdę, zobaczę- możecie spodziewać się relacji), w piątek jest Día de la Hispanidad, tutejsze święto narodowe. Nie wiem co z tym strajkiem, bo widziałem też plakaty zapowiadające kolejny, 17-go października. No, ale na pewno któryś wypali. A już 19-go lecę do Włoch, do Genui ;)
Na koniec, jako bonus, flagi Galicji w oknach mieszkań na starym mieście i aniołek trzymający balkon.
Tymczasem pozdrawiam z deszczowego Santiago!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
